Kamienie, które morze zostawiło mi do dokończenia
W Portugalii morze wyrzuca na brzeg różne rzeczy.
Muszle. Kamienie. Drobne kawałki skał wygładzone tak długo, aż tracą ostre krawędzie i zaczynają wyglądać, jakby ktoś obrabiał je cierpliwie przez całe lata.
Podczas spacerów po plaży coraz częściej pochylam się nad nimi i mam wrażenie, że nie tylko ja im się przyglądam.
One też patrzą na mnie.
Jeden kamień jest ciemny i chłodny, z cienką jasną smugą biegnącą przez środek.
Inny ma kolor mokrego piasku.
Muszla obok jest krucha, delikatna i trochę niedoskonała, ale właśnie przez to nie da się od niej oderwać wzroku.
Biorę je do ręki i od razu zaczyna się to znajome poruszenie w głowie.
Jeszcze niczego nie ma.
Nie ma naszyjnika. Nie ma kolczyków. Nie ma gotowego projektu.
Jest tylko kamień i myśl.
Co by było, gdyby połączyć jego chłód z miękką włóczką?
Twardą powierzchnię z delikatnym sznurkiem?
Co by było, gdyby muszlę opleść jakimś splotem, zamknąć w metalowej linii albo pozwolić, żeby drut objął ją tylko odrobinę, bez zasłaniania tego, co najpiękniejsze?
W mojej wyobraźni wszystko jest już prawie gotowe.
Kamień leży na piersi jak mały fragment portugalskiego brzegu.
Muszla porusza się przy uchu.
Włóczka oplata ją miękko, jakby morze spotkało się z domem.
Tylko że pomiędzy „widzę” a „potrafię zrobić” zawsze znajduje się ta sama tajemnicza przestrzeń.
Jak połączyć materiał, który ugina się pod palcami, z kamieniem, który nie chce ustąpić ani o milimetr?
Jak zamocować muszlę, żeby jej nie uszkodzić?
Jak sprawić, żeby kamień lśnił, ale nie stracił swojego naturalnego wyglądu?
Czy trzeba go wypolerować? Pokryć czymś? Zostawić zupełnie surowy?
A może wcale nie chodzi o to, żeby błyszczał najmocniej.
Może wystarczy, że będzie wyglądał tak, jak wyglądał wtedy, gdy podniosłam go z mokrego piasku — ciemniejszy, głębszy, pełen ukrytych kolorów.
Na razie noszę te pomysły ze sobą.
Czasem dosłownie, w kieszeni pełnej kamyków, które miały zostać na plaży, ale jakoś nie potrafiłam ich tam zostawić.
Czasem w głowie, gdzie powstają kolejne wersje: włóczka, sznurek, drut, supeł, splot, pętla, maleńki koszyczek obejmujący kamień.
To jeszcze nie jest biżuteria.
To raczej rozmowa między tym, co znalazłam, a tym, co dopiero próbuję wymyślić.
Morze zrobiło pierwszą część pracy.
Wygładziło kamienie, ukształtowało muszle, odebrało im ostrość i nadało każdej z nich inny charakter.
Teraz chyba czeka, aż zrobię resztę.
A ja jeszcze nie wiem, czy powstanie z tego naszyjnik, bransoletka, zawieszka czy coś, czego na razie nawet nie potrafię nazwać.
Wiem tylko, że pomysł już we mnie pracuje.
Cicho, uparcie i trochę baśniowo.
Bo czasem tworzenie nie zaczyna się od szydełka, włóczki ani gotowego planu.
Czasem zaczyna się od spaceru brzegiem oceanu i małego kamienia, który nagle wygląda tak, jakby od dawna wiedział, że pewnego dnia stanie się czymś więcej.





