Część I

Dziewczynka, która potrafiła wyczarować sukienkę z kawałka materiału

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy dni wydawały się dłuższe, wakacje nie miały końca, a największym zmartwieniem było to, czy lalka będzie miała odpowiednią sukienkę na niedzielny spacer, żyła sobie mała dziewczynka.
Nie była księżniczką.
Nie mieszkała w zamku i nie miała skrzyni pełnej klejnotów. Miała za to kilka lalek, skrawki materiałów, igłę, nitkę i głowę pełną pomysłów.
Gdy inne dzieci bawiły się gotowymi zabawkami, ona zastanawiała się, jak uszyć spódnicę z kawałka starej zasłony, jak zrobić płaszczyk z niepotrzebnej chusteczki i czy koronka znaleziona w szufladzie nada się na balową suknię.
Nie wszystkie kreacje były idealne.
Czasami jeden rękaw był krótszy od drugiego. Czasami spódnica przekręcała się na bok, a lalka wyglądała tak, jakby ubierała się po ciemku.
Ale dziewczynce to nie przeszkadzało.

Bo kiedy trzymała w dłoniach igłę, materiał i nitkę, świat stawał się spokojniejszy. Zwyczajny kawałek tkaniny zmieniał się w coś, czego wcześniej nie było.
I właśnie wtedy, choć jeszcze o tym nie wiedziała, po raz pierwszy pojawiła się JaDłońska.
Na razie była maleńka.
Mieszkała gdzieś pomiędzy palcami dziewczynki, szpulą nici i kolejną sukienką dla lalki.
Czekała cierpliwie na dalszy ciąg swojej historii.

Część II

Królestwo książek, drutów i studenckich swetrów

Dziewczynka rosła.
Lalki trafiły do pudełek, dziecięce sukienki zostały schowane, a zamiast zabawy pojawiła się nauka. Były książki, zeszyty, egzaminy i pytania o przyszłość.
Świat dorosłych coraz częściej pukał do drzwi.
Pewnego dnia dziewczynka, która nie była już dziewczynką, wyjechała na studia. Poznała nowych ludzi, nowe miejsca i kilka innych młodych kobiet, które — podobnie jak ona — uważały, że człowiek najlepiej odpoczywa wtedy, gdy wcale nie odpoczywa.
Zamiast więc spokojnie siedzieć wieczorami, wyciągały druty.
Była włóczka, były splątane motki, spadające oczka i swetry, które na początku nie zawsze przypominały swetry.
Dziergały dla siebie.
Dziergały dla swoich chłopaków.
Poprawiały błędy, pruły całe rzędy i zaczynały od nowa. Czasami rękaw wychodził za długi. Czasami dekolt okazywał się tak mały, że mógłby przejść przez niego jedynie bardzo cierpliwy kot.
Było przy tym dużo śmiechu.
Nikt nie mówił o marce, sprzedaży, kolekcjach ani fotografiach produktowych. Nie było planu. Nie było strategii.
Były za to druty stukające cicho wieczorami i poczucie, że z pojedynczej nitki można stworzyć coś, co ogrzewa drugiego człowieka.
JaDłońska nadal tam była.
Trochę większa niż wcześniej, lecz wciąż ukryta.
Nieśmiało zerkała zza kłębka włóczki, ale nie odważyła się jeszcze wyjść na świat.

Część III

Zaklęcie dorosłości

Po studiach przyszła dorosłość.
Nie wkroczyła jednak cicho i spokojnie. Wpadła z rozmachem, niosąc ze sobą pracę, małżeństwo, dom, rachunki, terminy, obowiązki i kalendarz, w którym zawsze brakowało wolnego miejsca.
Pojawił się ślub.
Pojawiła się szkoła.
Pojawili się uczniowie, lekcje, sprawdziany, zebrania, dokumenty i odpowiedzialność za sprawy, których każdego dnia przybywało.
A potem urodził się chłopiec.
Kilka lat później przyszła na świat dziewczynka.
I choć dom wypełnił się miłością, śmiechem i dziecięcymi głosami, wypełnił się również rzeczami, o których trzeba było pamiętać.
O śniadaniach.
O zeszytach.
O wizytach.
O terminach.
O ubraniach na zmianę, szkolnych wydarzeniach, zakupach i tysiącu drobnych spraw, które w tajemniczy sposób zawsze znajdowały drogę właśnie do niej.
Nasza bohaterka nauczyła się więc być bardzo dzielna.
Tak dzielna, że niemal nikt nie zauważył, jak bardzo jest zmęczona.
Potrafiła pracować, organizować, planować, pomagać i pilnować, żeby wszystko zostało wykonane najlepiej, jak to możliwe.
Była odpowiedzialna.
Była dokładna.
Była niezawodna.
A ponieważ dawała sobie radę, świat przynosił jej coraz więcej rzeczy, z którymi miała sobie poradzić.
Druty trafiły głęboko do szafy.
Włóczki zamilkły.
Igły zapadły w sen.
A JaDłońska została zamknięta w drewnianej szkatułce, gdzieś pomiędzy dawnymi marzeniami a zdaniem:
„Kiedyś jeszcze do tego wrócę”.
Tylko że słowo „kiedyś” bywa bardzo podstępne.
Czasami trwa kilka dni.
A czasami wiele lat.

Część IV

Potwór o imieniu „Muszę”

W krainie dorosłości żył pewien potwór.
Nie miał rogów, pazurów ani ogona.
Nazywał się „Muszę”.
Nie ryczał i nie ział ogniem. Szeptał.
„Musisz pamiętać”.
„Musisz zrobić”.
„Musisz zdążyć”.
„Musisz pomóc”.
„Musisz być silna”.
„Musisz zrobić to lepiej”.
Potwór rósł każdego dnia.
Żywił się obowiązkami, poczuciem odpowiedzialności i przekonaniem, że dobra kobieta, dobra mama, dobra żona, dobra nauczycielka i dobry człowiek zawsze powinni dawać sobie radę.
Nasza bohaterka długo z nim walczyła.
Wstawała rano i zakładała niewidzialną zbroję.
Przez wiele lat sądziła, że perfekcjonizm jest jej największą siłą. Dzięki niemu wszystko było dopilnowane, zaplanowane i wykonane najlepiej, jak potrafiła.
Tylko że zbroja stawała się coraz cięższa.
A potwór „Muszę” coraz większy.
Pewnego dnia bohaterka poczuła, że nie ma już siły podnieść miecza.
Nie wydarzyło się nic niezwykłego.
Nie zatrzęsła się ziemia. Nie spadła gwiazda. Nie pojawiła się dobra wróżka.
Po prostu coś w niej pękło.
Nie chciała kolejnego zadania.
Nie chciała kolejnej listy.
Nie chciała już bez przerwy myśleć o tym, co jeszcze powinna zrobić.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie pragnęła być dzielna.
Chciała tylko usiąść.
Oddychać.
I przez chwilę niczego nie musieć.
Potwór „Muszę” stał nad nią i szeptał coraz głośniej.
Aż nagle, z głębi dawno zamkniętej szafy, dobiegł cichutki dźwięk.
Stuk.
Stuk.
Stuk.
To druty przypominały jej, że nadal istnieją.

Część V

Powrót do zaczarowanej szafy

Bohaterka otworzyła szafę.
Na początku ostrożnie, jakby bała się, że znajdzie w niej jedynie kurz i wspomnienia.
Ale w środku czekały druty.
Były cierpliwe.
Nie miały do niej pretensji, że tak długo ich nie dotykała.
Obok leżały włóczki — trochę zapomniane, trochę splątane, ale nadal miękkie i pełne kolorów.
Wzięła je do rąk.
Pierwsze oczko nie było idealne.
Drugie też nie.
Dłonie pamiętały jednak więcej, niż jej się wydawało.
Oczko za oczkiem.
Rząd za rzędem.
Szept potwora „Muszę” stawał się coraz cichszy.
Bo przy drutach nie trzeba było rozwiązywać wszystkich problemów świata. Wystarczyło przełożyć nitkę, złapać oczko i spokojnie wykonać następny ruch.
Później pojawiło się szydełko.
Potem haft.
Wreszcie spełniło się stare marzenie i w domu stanęła maszyna do szycia.
Nagle otworzyły się drzwi do krainy, w której wszystko mogło się wydarzyć.
Włóczka mogła zostać torebką.
Kawałek materiału mógł stać się podszewką.
Kilka przypadkowych kolorów mogło stworzyć wzór, którego nie dałoby się wcześniej zaplanować.
Bohaterka zaczęła znów tworzyć.
Najpierw dla siebie.
Potem dla męża.
Dla dzieci.
Dla najbliższych.
Tworzyła bez planu sprzedaży i bez potrzeby pokazywania czegokolwiek światu.
Każda skończona rzecz trafiała do szafy, szuflady albo pudełka.
Serce bohaterki powoli odżywało.
A wraz z nim budziła się JaDłońska.
Była już prawie gotowa, żeby wyjść ze swojej szkatułki.
Prawie.

Część VI

Szuflada pełna strachu

Z czasem rzeczy przybywało.
Powstawały swetry, torebki, hafty i kolejne przedmioty, których wcześniej nie było nawet w planach.
Bo bohaterka nie tworzyła według mapy.
Czasami wszystko zaczynało się od jednego koloru.
Czasami od miękkości włóczki.
Czasami od kawałka materiału znalezionego przypadkiem.
A czasami pomysł przychodził do niej w nocy i rano nie dawał spokoju, dopóki nie został zamieniony w coś prawdziwego.
Nie zawsze efekt wyglądał tak, jak zamierzała.
Jeden kolor ustępował innemu.
Pojawiał się nowy splot.
Trzeba było coś spruć, przeszyć, skrócić albo rozpocząć od początku.
I właśnie dlatego każda rzecz miała własny charakter.
Niektóre były spokojne.
Inne trochę szalone.
Jedne eleganckie, drugie miękkie, kolorowe i niepokorne.
Bohaterka patrzyła na nie z dumą.
Ale tylko wtedy, gdy nikt nie widział.
Kiedy ktoś pytał:
„To ty zrobiłaś?”
Odpowiadała:
„Tak, ale to nic takiego”.
Kiedy ktoś ją chwalił, szybko zmieniała temat.
Bo w szufladzie, oprócz torebek i włóczek, mieszkał jeszcze jeden mały stworek.
Nazywał się Wstyd.
Miał cienki głosik i bardzo długie uszy.
Szeptał:
„Nie pokazuj”.
„Inni robią to lepiej”.
„A co będzie, jeśli komuś się nie spodoba?”
„Kto miałby chcieć coś, co zrobiłaś właśnie ty?”
Wstyd nie był tak wielki jak potwór „Muszę”.
Był jednak wyjątkowo uparty.
Dlatego bohaterka tworzyła dalej, ale swoje prace chowała.
Szuflada zapełniała się po brzegi.
Aż pewnego dnia jedna z torebek nie zmieściła się już w środku.
Wystawał z niej tylko kawałek paska, jakby torebka sama próbowała wydostać się na świat.
JaDłońska spojrzała na bohaterkę i powiedziała:
„Może już wystarczy tego chowania?”

Część VII

Odwaga, która nie przyszła z hukiem

W baśniach odwaga często pojawia się nagle.
Rycerz podnosi miecz.
Księżniczka opuszcza wieżę.
Bohater staje naprzeciw smoka.
Tutaj było inaczej.
Odwaga przyszła cicho.
Najpierw jako jedno zdjęcie.
Potem jako myśl, że może warto pokazać je komuś jeszcze.
Następnie jako pierwsze słowa zapisane na stronie.
Bohaterka nadal się bała.
Bała się oceny.
Bała się, że jej rzeczy są zbyt zwyczajne, zbyt inne albo niedoskonałe.
Bała się, że ktoś nie zrozumie, dlaczego jeden splot przechodzi w drugi, a kolory czasami spotykają się ze sobą w zupełnie nieoczywisty sposób.
Ale tym razem nie schowała wszystkiego do szuflady.
Zrobiła krok.
Potem drugi.
Pokazała światu pierwszą torebkę.
Później kolejną.
I jeszcze jedną.
Ku swojemu zdziwieniu odkryła, że ludzie nie widzą jedynie włóczki, nici i materiału.
Dostrzegają czas.
Uważność.
Pomysł.
Ciepło dłoni.
Historię człowieka, który po wielu latach przypomniał sobie, że nie musi tworzyć wszystkiego dla jakiegoś konkretnego celu.
Może tworzyć, ponieważ tego potrzebuje.
Ponieważ tego chce.
Ponieważ właśnie wtedy jej serce bije spokojniej.
Tak narodziła się JaDłońska.
Nie jako wielka fabryka.
Nie jako idealnie zaplanowana marka.
Nie jako miejsce, w którym każda rzecz wygląda tak samo.
JaDłońska powstała z powrotu do siebie.
Z dziewczynki szyjącej ubranka dla lalek.
Ze studentki robiącej swetry dla bliskich.
Z kobiety, która przez wiele lat troszczyła się o wszystkich, aż zapomniała zatroszczyć się o siebie.
Z nauczycielki, mamy, żony i perfekcjonistki, która pewnego dnia odłożyła na bok słowo „muszę” i zapytała:
„A czego ja właściwie chcę?”
Dzisiaj JaDłońska tworzy rzeczy bez pośpiechu.
Nie korzysta z taśmy produkcyjnej.
Nie wie zawsze, jak będzie wyglądał gotowy przedmiot.
Pozwala kolorom zmieniać zdanie, włóczkom prowadzić dłonie, a pomysłom skręcać z wcześniej wyznaczonej drogi.
Bo przecież najpiękniejsze historie rzadko biegną prosto.
Czasami trzeba coś spruć.
Czasami zacząć od nowa.
Czasami schować się na kilka lat, żeby później wrócić silniejszą.
A czasami trzeba po prostu uwierzyć, że to, co powstaje w naszych dłoniach, zasługuje na pokazanie światu.
I tak bohaterka, która przez wiele lat próbowała sprostać wszystkim obowiązkom, odnalazła wreszcie miejsce, w którym nie musiała niczego udowadniać.
Mogła tworzyć.
Mogła oddychać.
Mogła być sobą.
Czy żyła długo i szczęśliwie?
Ta część baśni dopiero się pisze.
Jedno jest jednak pewne.
Jej prace nie mieszkają już wyłącznie w szufladzie.
A JaDłońska, która przez tyle lat czekała ukryta między igłą, drutami i kłębkiem włóczki, wreszcie odważyła się wyjść na świat.
I to jest jej prawdziwy początek.